Kraków

Kolejne zabiegi w asyście robota chirurgicznego w szpitalu wojskowym w Krakowie

Chirurgia onkologiczna, urologia, bariatria i teraz laryngologia. Robot chirurgiczny w szpitalu wojskowym pracuje na pełnych obrotach. Nic dziwnego. Robot na sali operacyjnej to większa precyzja i większe bezpieczeństwo pacjenta.

– Chrzanu i żurku niestety jeść nie mogę – wzdycha 44-letni Łukasz.  Spotykamy go na korytarzu Klinicznego Oddziału Otolaryngologii i Chirurgii Głowy i Szyi. Kilka minut wcześniej uśmiechnięty rozmawiał przez telefon. Do szpitala trafił z powodu bezdechu sennego, chrapania i częstych zapaleń gardła. Przyczyną były przerośnięte migdałki, które trzeba było usunąć.

Na pierwszy rzut oka po operacji przeprowadzonej poprzedniego dnia nie ma śladu. Gdyby nie wenflon na lewej dłoni i piżama można by pomyśleć, że jakiś zdrowy mężczyzna przyszedł do kogoś w odwiedziny.

– Faktycznie czuję się na wyraz dobrze.  Chociaż noc była trudna. Sporo środków przeciwbólowych poszło, ale teraz jest już dobrze. Zjadłem nawet pierwszy posiłek. Mięsko się nawet trafiło, więc jest dobrze – uśmiecha się zadowolony. – Wcześniej były lody.

Co myśli o operacji z wykorzystaniem robota chirurgicznego?

– Lekarz wytłumaczył mi, że robot przyspieszy proces gojenia i dzięki temu łatwiej przejdę przez rehabilitację. Więc zgodziłem się chętnie.

Jak w fotoplastikonie

– System robotyczny daje ogromną precyzję, która w zasadzie była nieosiągalna przy użyciu innych metod – mówi płk rez. dr n. med. Paweł Dobosz, szef oddziału,
specjalista otorynolaryngologii, audiologii i foniatrii. – Ta precyzja jest w pewnym sensie precyzją mikroskopową, co pozwala na wykonanie operacji z niespotykaną dotąd dokładnością. Gardło dolne i środkowe to rejony o bardzo skomplikowanej anatomii i wyjątkowo dobrym ukrwieniu. Robot doskonale uwidacznia ich struktury.

Obraz, który pokazuje da Vinci, jest wielokrotnie powiększony. Przerośnięty migdałek, który w rzeczywistości jest wielkości niewielkiego orzecha włoskiego, w wizjerze i na monitorze wygląda jak olbrzymia konfiguracja czerwonych tkanek, które ledwo mieszczą się w dłoni.

– To trochę jak fotoplastykon – mówi dr n. med.  Sławomir Okła z Kliniki Otolaryngologii, Chirurgii Głowy i Szyi Świętokrzyskiego Centrum Onkologii w Kielcach. Był pierwszym w Polsce proktorem (instruktorem) chirurgii robotycznej w zakresie nowotworów głowy i szyi. Odpowiada za szkolenie laryngologicznego zespołu robotycznego w szpitalu wojskowym. To wielomiesięczne treningi, w których biorą udział doświadczeni medycy i pielęgniarki, i które kończy się międzynarodową certyfikacją. W przypadku laryngologów, w ośrodku szkoleniowym we Francji.

– Obraz 3D daje poczucie jakbym był w środku gardła – dr Okła lubi pracować robotem. – Widzę każde drobne naczynie, każdy drobny nerw. Wiem w jakiej jestem warstwie.

Ta szczegółowość obrazu jest bardzo istotna dla pacjenta i znajduje odzwierciedlenie w zasadach leczenia.

– Wszystkie zabiegi chirurgiczne, w których pozbywamy się tkanek, na przykład nowotworowych wymagają pewnego kompromisu pomiędzy koniecznością radykalnego usunięcia choroby i ograniczeniem okaleczenia, które zawsze się wiąże z leczeniem chirurgicznym – tłumaczy Paweł Dobosz.  – Dzięki wykorzystaniu tak nowoczesnego narzędzia jakim jest robot chirurgiczny, ta granica kompromisu może być łatwiej dostrzeżona.

Amerykańskie wytyczne NCCN (National Comprehensive Cancer Network) dotyczące nowotworów głowy i szyi mówią o pozostawieniu 5 mm marginesu w przypadku klasycznej chirurgii. To znaczy, że guz musi być wycięty z  zapasem 5 mm zdrowej tkanki. W przypadku operacji robotycznych margines zmniejsza się do 2 mm.

– Dla jakości życia pacjenta to olbrzymia różnica  –  podkreśla Sławomir Okła.  – Tym bardziej, że aby uzyskać 5 mm w mikroskopowym badaniu histopatologicznym, makroskopowo tniemy 1 cm. To naprawdę dużo.

W nowotworach głowy i szyi robot to przełom

Robotyka szturmem wkracza na sale operacyjne w Polsce, chociaż w laryngologii ten proces jest nieco wolniejszy. W całym kraju jest w tej chwili ponad sto instalacji robotycznych.

– To jest jak wynalezienie laparoskopii w chirurgii – tłumaczy dr Okła. – Zyskujemy mało inwazyjny dostęp do pola operacyjnego. W chirurgii, urologii czy ginekologii, robot poprawia obrazowanie, poprawia precyzję ruchów, ale dostęp jest tak samo mało inwazyjny jak laparoskopia. Natomiast u nas guzy gardła środkowego, nasady języka, czy górnego piętra krtani musiały być operowane w bardziej okaleczający dla pacjenta sposób. By dostać się do nasady języka czy migdałka, trzeba rozszczepić żuchwę pomiędzy jedynkami. Przecinamy wargę i otwieramy pacjenta jak książkę. Wiadomo, że po takim zabiegu dojście do pełni zdrowia często jest niemożliwe.

Może bowiem pojawić się parestezja, czyli zaburzenia czucia, a także zaburzenia ruchomości języka. Pacjent może też stracić część zębów. Tymczasem zastosowanie systemu robotycznego eliminuje te wszystkie skutki uboczne.

– Dlatego dla nas robot to prawdziwy przełom – podkreśla. – Nie ma tracheostomii, pacjent leży w szpitalu dwa-trzy dni, a nie trzy-cztery tygodnie. To ogromny zysk i dla pacjenta i dla lekarza, bo może lepiej leczyć.

Robot chirurgiczny w laryngologii sprawdza się przede wszystkim w przypadku operacji w gardle środkowym, dolnym i nadgłośniowej części krtani, czyli przy usuwaniu guzów migdałków, nasady języka, czy górnego piętra krtani. Ma również zastosowanie w przestrzeni przygardłowej, chociażby przypadku dużych zabiegów jak całkowita laryngektomia, czyli usunięcie krtani u pacjentów po radioterapii, przy wznowie nowotworu czy po chemioterapii. Ryzyko powikłań jest wtedy dużo mniejsze.

Jak myśleć nogami?

Na sali operacyjnej liczy się zgranie całego zespołu. W przypadku operacji laryngologicznych komunikacja operatora, który siedzi w pewnym oddaleniu od stołu operacyjnego z głową w konsoli i asysty, czyli lekarza lub lekarki, który/a siedzi przy pacjencie jest niezwykle istotna. Zwłaszcza że to właśnie ta osoba ma niejako podwójną kontrolę. Widzi zarówno powiększony obraz na monitorze, jak i ten rzeczywisty, w głębi gardła.

– Trzeba być bardzo ostrożnym – tłumaczy Anna Tabor, lekarz rezydent otolaryngologii. – Gardło ma wąskie światło. A my wkładamy do środka trzy kaniule (rurki osłonowe) z narzędziami. Jeden gwałtowany ruch i pacjent może mieć uszkodzone zęby.  Zgranie i precyzja ruchów obu chirurgów i komunikacja między nimi jest nie do przecenienia.

Dlatego na sali operacyjnej w czasie zabiegu panuje cisza, która przerywają jedynie krótkie komendy: „Zwiększmy ssanie”, „Przemyjmy kamerę”, „Zmieniamy stronę”. Czasem padają słowa, które laika mogą być zaskakujące: „Poczekaj muszę pomyśleć nogami!”.

– Robot zmienia sposób myślenia o operacji – śmieje się dr Dobosz. – Praca z systemem robotycznym przypomina trochę grę organisty, który musi mieć sprawne ręce – ja zamiast klawiszy mam manetki – ale jednocześnie steruję całym systemem także stopami.

„Złamanie nadgarstka” to na przykład zmiana położenia szczypców wewnątrz gardła. Lekarze traktują narzędzie ramion robotycznych jak ręce. Prosta metalowa część to przedramię. Obracająca się w koło końcówka to nadgarstek, który czasami trzeba ustawić w pozycji „dyskutującego Włocha”, czyli połączonymi opuszkami palców do góry.

Kres ery chirurga-człowieka?

Robotyka rewolucjonizuje medycynę, ale eksperci są zgodni: to wciąż tylko (i aż) doskonałe narzędzie w rękach mistrza. System nie operuje sam – on przekłada szeroki ruch chirurga na mikroskopijny, precyzyjny gest wewnątrz ciała pacjenta.

– Postęp technologiczny jest w tej chwili tak ogromny, że my lekarze, zaangażowani mocno w leczenie chorych, nie zawsze jesteśmy sobie nawet w stanie wyobrazić rozwiązań, jakie szykują dla nas inżynierowie – mówi Paweł Dobosz. –  Czasem oczywiście im pomagamy, służymy radą, ale dokładność ruchu w polu operacyjnym jest planowana przez nich.

W systemie robotyczym chirurg wykonuje czasem bardzo rozległy ruch, który jest zamieniany w minimalny, a jednocześnie niezwykle precyzyjny gest. Trochę jak dźwignia, która umożliwia nawet słabej osobie przesunięcie dużego ciężaru. Tak więc ktoś, kto mógłby uważać, że nie jest wystarczająco precyzyjny, dzięki robotowi na tej precyzji może zyskiwać.

– Wydaje się, że to dopiero początek. Pewnie w przyszłości będzie mogło również dojść do tego, że takie zabiegi, pewnie pod większym lub mniejszym nadzorem człowieka, być może roboty będą wykonywać, nawet dokładniej niż my. Nie będąc czasami obarczonym tym wszystkim, co jest związane z naszym człowieczeństwem, czyli zmęczeniem, wadą wzroku czy pewnymi niedoskonałościami układu ruchowego.

W każdym razie dziś ten początek dobrze wykorzystany już teraz pracuje dla dobra chorych. O czym pacjentów laryngologicznych, którzy zostali już zoperowani w szpitalu wojskowym przy użyciu robota chirurgicznym przekonywać nie trzeba.

/informacja prasowa/